Alchemiczki myśli nocą zapisane...

InSaNe (10)
Na wstępie chciałabym bardzo przeprosić za długą nieobecność, spowodowaną niewydolnością tak zwanego sprzętu komputerowego, któremu najchetniej zafundowałabym podróż w jedną stronę z jedenastego piętra wieżowca. Za dwa tygodnie dodam następną część opowieści, natomiast kolejne będą pojawiały się już cześciej. Dziękuję za cierpliwość:)

* * *


Kiedy tylko Alchemiczka weszła do swojej pracowni, natychmiast zamknęła za sobą mosiężne drzwi, oparła się o nie plecami i westchnęła, spoglądając do pokryty zaciekami sufit. "A niech to - pomyślała - pierwszy kontakt z Carmen Hilton i już zdążyłam ją do siebie zrazić. Ja to mam talent, nie da się ukryć". Oderwała oczy od pokrytego stęchlizną sufitu i zatrzymała wzrok na stojącym pośrodku izby atanorze.
- No, kochany, już ja znajdę na ciebie sposób... - mruknęła i podeszła do pieca.
Ostrożnie obeszła go dookoła, odnotowując w pamięci każdy najdrobniejszy szczegół jego budowy. Niespodziewanie jej uwagę przykuł przytwierdzony czterema niewielkimi śrubkami kawałek blachy, który najwyraźniej zakrywał jakiś otwór. Dziewczyna pochyliła się nad piecem i zmarszczyła czoło. Blacha wyglądała na całkiem świeżo przytwierdzoną i - Mandy była tego pewna - na pewno nie tknęły jej jeszcze płomienie. Mogło to oznaczać tylko jedno - poprzedniej nocy ktoś majstrował przy piecu, gdyż jeszcze dzień wcześniej w atanorze buchał ogień, który nadałby blasze charakterystyczny odcień. Mandy przekrzywiła lekko głowę i zmrużyła oczy. Blacha przytwierdzona była krzywo, a zatem ktoś musiał się spieszyć. Alchemiczka spróbowała odchylić blachę palcami, lecz twardy metal stawił opór. Podeszła więc do szafy, otworzyła ją i zaczęła przetrząsać półki w poszukiwaniu odpowiedniego narzędzia, które umożliwiłoby jej zajrzenie pod blachę.
- Acha! - zawołała triumfalnie, dzierżąc w dłoni sporej wielkości młotek, z jednej strony opatrzony haczykowatą końcówką do wyciągania gwoździ.
Odwróciła się w stronę pieca i powoli zaczęła zmierzać w jego kierunku z uniesionym młotkiem, w myślach rozważając sposób takiego uniesienia blachy, by można ją było później opuścić z powrotem. Ciekawiło ją niezmiernie, co też ten kawałek metalu miał za zadanie ukryć...
Na dźwięk otwieranych drzwi aż podskoczyła. Zatrzymała się i spojrzała w kierunku wyjścia, w uniesionej dłoni wciąż trzymając młotek.
- O, widzę, że wojna Mandy Caliburn - Morderczy Piec toczy się zaciekle - zakpił Christian, spoglądając na dziewczynę z ironicznym uśmiechem. - Są jacyś ranni? Mam wezwać ambulans? A może lepiej antyterrorystów? Ojej, Mandy, musiałaś nieźle oberwać, piec wygląda na nietknięty, ale za to ty... - urwał, czując na sobie mordercze spojrzenie dziewczyny.
Mandy przeniosła wzrok na uniesiony młotek, potem na piec, potem znów na młotek, aż ostatecznie zatrzymała spojrzenie na wyraźnie rozbawionym Christianie.
- Ja tu próbuję pracować - burknęła, rzucając młotek na stół i tłukąc przy tym leżącą na blacie probówkę.
Chris dotknął dłonią ust w udawanym geście zamyślenia, ale Mandy doskonale wiedziała, że chłopak ze wszystkich sił tłumi śmiech.
- Nie masz swoich zajęć? - zapytała mrukliwie, odwracając się do niego plecami i zgarniając szmatą kawałki szkła do foliowej torebki.
- Mam - przyznał Chris. - Ale u ciebie jest tak jakoś... weselej.
Rzuciła mu wściekłe spojrzenie, a wyraz rozbawienia na jego twarzy jeszcze bardziej ją rozzłościł.
- Cieszę się, że dobrze się bawisz, niestety wesołe miasteczko Amandy Caliburn jest właśnie zamykane, dlatego jeśli pozwolisz... - wymownym gestem wskazała drzwi.
Zamiast jednak skierować się do wyjścia, Christian zaczął przechadzać się po sali.
- Słyszałem, że poznałaś szefową - rzucił niby od niechcenia.
W geście rozpaczy Mandy podniosła oczy na zaplamiony sufit.
- Rety, czy cały Instytut musi zaraz o wszystkim wiedzieć?!
Christian wzruszył ramionami, zatrzymał się przez portretem Izaaka Newtona i westchnął z udawanym ubolewaniem.
- Szpiedzy nie śpią - po czym odwrócił się i rzucił Mandy szybkie spojrzenie. - Billy White akurat tamtędy przechodził.
- Akurat tamtędy przechodził -
przedrzeźniła go dziewczyna. Poczuła, jak wzbiera w niej gniew. - Niech ten gburowaty typ pilnuje swojego nosa, sam na pewno też nie jest pupilkiem pani Hilton.
- Owszem, jest - Christian zatoczył ręką łuk w powietrzu, po czym złapał się za pierś i wyrecytował patetycznym głosem, imitując barwę głosu Williama. - Ach, pani Hilton! Zawsze może pani na mnie liczyć! Cały dział jest do pani dyspozycji, wystarczy jedno pani słowo! Albo choćby skinięcie dłoni! Sam padnę do pani stóp za jedno pani spojrzenie! Ochhh, pani Hilton!.. Mua, mua! - teatralnym gestem udał, iż całuje czyjeś dłonie.
Mandy parsknęła śmiechem, a Chris uśmiechnął się szeroko.
- Nie przeszkadzam? - usłyszeli nagle czyjś zimny, poważny głos.
Odwrócony plecami do wejścia Christian znieruchomiał, po czym przewrócił oczami, natomiast Mandy spojrzała w stronę drzwi i zmarszczyła czoło..
- Widzę, że macie niezła zabawę... - powiedział William White, wbijając przeszywające, lodowate spojrzenie w Alchemiczkę.
- Owszem, całkiem nieźle się bawimy - odparowała.
- ...W godzinach pracy - zakończył twardo White, zakładając ręce na piersiach w geście oczekiwania.
"Jeżeli liczysz na wyjaśnienia, to się przeliczysz" - pomyślała dziewczyna i założyła ręce w identycznym geście, spoglądając na niego wyzywająco. Billy zmarszczył brwi, świdrując ją wzrokiem. Przez dłuższą chwilę mierzyli się wzajemnie spojrzeniem, jak gdyby szykowali się do starcia. Chris natomiast stał z boku patrząc to na jedno, to na drugie. W końcu postanowił interweniować. Wkroczył pomiędzy nich, stanął odwrócony plecami do Mandy i wyszczerzył do Williama zęby w uśmiechu.
- Widzę, że teraz wy się znakomicie bawicie i naprawdę aż żal mi przerywać tę cudowną chwilę, ale... chyba nie przyszedłeś tu w celach rekreacyjnych?
William niechętnie przeniósł wzrok na uśmiechniętego od ucha do ucha Christiana.
- Owszem, mam wiadomość dla panny Caliburn, przeznaczoną jednak wyłącznie dla jej uszu.
Christian uniósł brwi i podrapał się w skroń, najwyraźniej rozważając słowa Williama. W końcu westchnął i rzucił Mandy przepraszające spojrzenie:
- Taaak... No to... Ten... Na mnie już chyba czas. Spotkamy się lunchu, mam nadzieję. Na razie - spojrzał na Williama, po czym skierował się do drzwi. Przed wyjściem nagle zawahał się i obejrzał za siebie, jakby niespodziewanie przypomniał sobie o czymś ważnym. Napotkawszy jednakże dwie wbite w siebie pary oczu, zrezygnował i wyszedł, zostawiając za sobą lekko uchylone drzwi.
- Streszczaj się z łaski swojej, nie mam całego dnia - mruknęła Mandy, która bawiła się podniesionym wcześniej ze stołu młotkiem, przerzucając go z ręki do ręki. Ten gest był u niej oznaką zniecierpliwienia.
William zmarszczył czoło, po czym zaczął mówić flegmatycznym, pełnym obojętności głosem. I choć jego ton wskazywał na wyraźny brak zainteresowania tematem, bystre oczy były wciąż uważne i Mandy czuła na sobie zimne, świrdujące spojrzenie. William schował ręce do kieszeni, po czym zaczął kierować się w stronę drzwi, powoli cedząc słowa:
- Dziś w nocy, punktualnie o dziesiątej, w gabinecie numer dwieście szesnaście odbędzie się wieczorek zapoznawczy, na którym masz być... ekhm... honorowym gościem - uśmiechnął się kwaśno, widząc zaskoczoną minę dziewczyny. – Nikomu ani słowa o tym spotkaniu, oficjalnie o niczym nie wiesz. Tylko nie zapomnij numeru pokoju i racz się nie spóźnić, choć zapewne punktualność nie leży w twojej naturze. Pomyślnych łowów...
Veni et scriptisi...| 2005-07-06 22:56:16 | skomentuj (16)


InSaNe (9)
- Ojejkumandywstawajjesteśmy spoźnione!!! - usłyszała i zamrugała gwałtownie oczami.
Nie była pewna, czy to już jawa, czy wciąż jeszcze sen.
- Mandy szybko!!! Jesteśmy spóźnione! - Sara potrząsnęła Alchemiczkę za ramię.
Dopiero wówczas Mandy zorientowała się, że jednak nie śni. Usiadła na łóżku i wciąż jeszcze niezupełnie rozbudzona wodziła sennym wzrokiem za biegającą szaleńczo po pokoju Sarą.
- Gdzie jest moja torebka? Ojejciu, jak te buty cisną!.. Mandy, no RUSZ się wreszcie!!!
Ten krzyk ostatecznie ją rozbudził. Spojrzała na zegarek. 6:50. O siódmej musiały stawić się w Instytucie. Widmo spóźnienia podziałało na Alchemiczkę, niczym kubeł zimnej wody. Natychmiast rzuciła się do swojej torby, wyciągnęła z niej granatowe dżinsy i beżową bluzkę, po czym błyskawicznie się przebrała. Sara w biegu zmieniała buty, podskakując to na jednej, to na drugiej nodze, a Mandy porwała z wieszaka swój płaszcz i obie wybiegły z mieszkania.
Drogę do InSaNe'u pokonały w szaleńczym pędzie. Pomimo zaaferowania, Mandy zdążyła z podziwem odnotować fakt, że jej koleżanka doskonale godzi sprint w butach na wysokim obcasie z niezbyt sprzyjającym tego typu wyczynom podłożem, które stanowiła wybrukowana kocimi łbami ulica.
Kiedy wpadły do Instytutu, Mandy odruchowo spojrzała na zegarek i z przerażeniem odczytała godzinę 7:21.
- Chyba musimy się gdzieś zameldować - wydyszała, pędząc korytarzem obok Sary.
- Po co? Oni i tak już wiedzą... - odparła gorzkim tonem koleżanka i naraz zatrzymała się w miejscu.
Mandy również przystanęła i poszła za jej wzrokiem. Przed nimi stała wysoka, szczupła kobieta o kruczoczarnych, prostych włosach sięgających do łopatek. Rysy twarzy miała ostre i Mandy była pewna, że doskonale odzwierciedlają one charakter tej osoby.
- Czy mają panie w swoim słowniku takie słowo, jak "punktualność"? - odezwała się kobieta głosem spokojnym i tak lodowatym, że Alchemiczkę przeszły zimne dreszcze.
- Przepraszamy, naprawdę, to moja wina, nie usłyszałam budzika, miałam przyprowadzić Mandy zaraz z samego rana, nawaliłam, przepraszam... - Sara zaczęła tłumaczyć się gorączkowo.
- A czy panna MANDY nie ma własnego języka i nie może sama się wytłumaczyć? - wycedziła Góra Lodowa, gdyż takim przydomkiem natychmiast ochrzciła ją w myślach Alchemiczka.
Sara poczerwieniała na twarzy i spusciła głowę, wbijając wzrok w czubki swoich pokrytych ulicznym kurzem butów.
- Bardzo mi przykro, nie znajduję żadnego argumentu na swoje usprawiedliwienie - Mandy zmusiła się, by spojrzeć w zimne oczy kobiety, jednak po chwili spuściła wzrok. - Powinnam była zdążyć na czas. Przepraszam.
Góra Lodowa zmarszczyła czoło i zmierzyła ją pełnym niechęci wzrokiem.
- Będę miała na ciebie oko, panno Caliburn. Wszelkie złe nawyki będą natychmiastowo tępione. Niech ci się nie wydaje, że możesz sobie tu robić, co ci się podoba. Możliwe, że w poprzednim miejscu pracy byłaś traktowana ze szczególnymi honorami, ale w naszym Instytucie posada alchemiczki nie jest, nie była i nigdy NIE BĘDZIE faworyzowana. Czy dobrze się zrozumiałyśmy?
Mandy kiwnęła lekko głową.
- To dobrze - rzuciła chłodno kobieta, po czym skinęła lekko głową Sarze, posłała Mandy jeszcze jedno pełne dezaprobaty spojrzenie, po czym oddaliła się w stronę gabinetu zarządu.
Obie dziewczyny stały, jak sparaliżowane. Dopiero po dłuższej chwili Alchemiczka otrząsnęła się z osłupienia.
- Co... co to było? - wykrztusiła.
- Carmen Hilton - powiedziała przez zaciśnięte gardło Sara, wachlując dłonią twarz. - Zmora pracowników, największą przyjemność sprawia jej przeprowadzanie niezapowiedzianych wizytacji i upokarzanie każdego, kto jej się nawinie... Myślałam, że może Tobie daruje, bo jesteś tu nowa, ale to dzisiejsze spóźnienie chyba za bardzo ci nie pomogło.. - posłała Mandy niepewne spojrzenie.
- E, przecież to nie koniec świata, może jeszcze jakoś się w jej oczach zrehabilituję - Alchemiczka usmiechnęła się lekko, choć sama nie wierzyła w te słowa. Wyraz twarzy Sary również nie był zbyt optymistyczny.
- No nic, ja uciekam do siebie, już i tak straciłyśmy sporo czasu - Sara potrząsnęła nerwowo głową. - Spotkamy się na lunchu.
- To do zobaczenia
- odparła Mandy, po czym odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem ruszyła w stronę swojego gabinetu.
Przypomniała sobie, że Gregor ostrzegał ją, by pod żadnym pozorem nie podpadła Carmen Hilton. "No, to ten rozdział mam już za sobą" - zauważyła ponuro, po czym zatrzymała się przez żelaznymi drzwiami pracowni alchemicznej i sięgnęła do kieszeni płaszcza. Srebrny blink zalśnił w świetle jarzeniówki, kiedy Mandy skierowała go w stronę zamka.
- Otwórz!
Veni et scriptisi...| 2005-04-11 22:39:52 | skomentuj (7)


InSaNe (8)
Słońce skierowało się ku zachodowi, zasnuwając świat różowo-pomarańczową poświatą. Skąpane w jaskrawym świetle budynki zagubiły gdzieś swój ponury wygląd, o którym przypominały jedynie szare, nienaturalnie wydłużone cienie.
Sara Random i Amanda Caliburn szły wolno zalaną ciemnozłotym światłem ulicą i delektowały się otaczającym je widokiem.
- Rzadko bywa tu tak pięknie - mruknęła Sara, kierując twarz ku zachodzącemu słońcu. - To najgorsza dziura pod słońcem, tu nawet diabeł nie powie ci dobranoc...
Alchemiczka uśmiechnęła się lekko i obejrzała za siebie. W oddali dostrzegła wyraźnie zarysowaną monumentalną sylwetkę InSaNe'u, który w blasku zachodzącego słońca wyglądał naprawdę imponująco.
- Tędy - Sara skręciła w wąską uliczkę i zatrzymała się przy ciemnozielonych drzwiach prowadzących do jednej z kamienic. - Trochę skrzypią - przekręciła klucz w zamku i naparła na drzwi ramieniem, powodując nieprzyjemne dla uszu skrzypienie zardzewiałych zawiasów.
Sara weszła do środka, zapalając światło, a Mandy niepewnie postąpiła za nią, rozglądając się dookoła. Znajdowały się w niewielkim salonie z zaledwie jednym oknem wychodzącym na zakurzoną uliczkę. Meble w pokoju - kanapa, dwa fotele i sięgający aż do sufitu, drewniany kredens - nosiły znamiona solidnego przeforsowania i bardziej przypominały eksponaty muzealne niż przedmioty codziennego użytku. Na podłodze leżał stary, wytarty dywan, a na ścianie wisiało oprawione w ciemnozieloną, drewnianą ramkę zdjęcie. Alchemiczka podeszła do ściany i z namysłem zapatrzyła się w fotografię. Zauważyła liczącą około czterdziestu osób grupę ludzi, a po chwili rozpoznała roześmianą Sarę i obejmującego ją w pasie Raula Idena. Byli oni jednak zdecydowanie młodsi niż aktualnie, co potwierdziła nagryzmolona u dołu zdjęcia data - 15.06.1999. Mandy uśmiechnęła się i zaczęła szukać kolejnych znajomych twarzy. Ujrzała Caspaara Flemminga z zawadiacko rozwichrzonymi włosami, Michaela Dawsona w niedbale narzuconej na granatową koszulę czarnej marynarce, a także Wielką Elbę spoglądającą groźnie na wyszczerzonego w uśmiechu Gregory'ego Shrakera. Alchemiczka zauważyła, że włosy Gregora były krótko obcięte i miały kolor jasnobrązowy, a nie siwy. Jedyną osobą, w której wyglądzie dziewczyna nie zauważyła żadnej zmiany był Christian Schneider. Blond włosy nadal niesfornie opadały mu na czoło, a nieśmiały uśmiech budził szczerą sympatię. Alchemiczka uśmiechnęła się do siebie.
- To moja ulubiona fotografia - usłyszała za plecami głos Sary. - Są tu wszyscy pracownicy InSaNe'u, których warto poznać. Co ten czas robi z ludźmi, spójrz na przykład na Billy'ego - Sara wskazała postać młodego chłopaka o roześmianej twarzy. William White opierał się łokciem o ramię nieco niższego od siebie mężczyzny.
- A to kto? - spytała Alchemiczka, wpatrując się w towarzysza Billy'ego.
- To... To jest Berti Chapman.
Mandy uniosła lekko krwi ze zdumienia. Wyobrażała sobie go jako brodatego, krępego mężczyznę o zamyślonym spojrzeniu, ubranego w stary garnitur i skarpetki nie do pary. Tymczasem Berti Champan był przystojnym 40-latkiem o roześmianych oczach i dwudniowym zaroście na twarzy. Ubrany był w jasną koszulę i dżinsy, a przez ramię przerzuconą miał dżinsową kurtkę.
- Wygląda bardzo sympatycznie - powiedziała Alchemiczka i poczuła w sercu ukłucie żalu, że nie było jej dane go poznać.
Sara uśmiechnęła się lekko, po czym chwyciła Mandy za rękę.
- Chodź, pokażę ci twój pokój.
Dopiero teraz Alchemiczka zauważyła, że upstrzona różowymi kwiatkami, pożółkła tapeta kryje dwie pary drzwi. Sara otworzyła jedne z nich i zapaliła światło. Mandy ujrzała pomalowany na piaskowy kolor niewielki pokój, a w nim dębową szafę, zaścielone błękitną pościelą łóżko i mały stolik, a na nim wazon z bukietem tulipanów.
- I jak? Podoba ci się? - zapytała Sara, rozglądajac się dookoła. - Jest trochę mały, to fakt, ale Carmen Hilton słynie z przydzielania ludziom ciasnych klitek. Chodź, pokażę ci mój pokój, jest tuż obok - po czym chwyciła Mandy za rękę i nim ta zdołała zaoponować, pociągnęła ją za sobą.
Kiedy Mandy ujrzała pokój Sary, zaniemówiła. Były tak wszystkie odcienie różu, jakie tylko można sobie wyobrazić, na półkach umieszczona była chyba setka porcelanowych lalek, a w powietrzu unosił się intensywny zapach cynamonu.
- Eee... Ładnie tu - wykrztusiła Alchemiczka, szeroko otwartymi ze zdumienia oczami wodząc po pokoju.
- Sama projektowałam - Sara rozejrzała się z dumą dookoła. - Bardzo lubię róż, nastraja mnie pozytywnie - po czym spojrzała na swoją towarzyszkę. - Pewnie jesteś zmęczona, to twój pierwszy dzień tutaj. Idź się położyć, przyjdę rano obudzić cię do pracy. A na śniadanie spróbujesz moich grzanek z cynamonem, Raul je uwielbia - uśmiechnęła się promiennie. - Dobranoc, Mandy.
Mandy pożegnała ją uśmiechem, po czym wróciła do swojego pokoju i zamknęła drzwi. Położyła się na łóżku i wbiła wzrok w sufit, na którym widniał świeży, beżowy zaciek. Zamknęła więc oczy i natychmiast w jej głowie pojawił się obraz różowego pokoju Sary. "Jeżeli to jest właśnie droga do bezgranicznego optymizmu, to chyba zainwestuję w różową tapetę...".
Veni et scriptisi...| 2005-02-25 23:43:48 | skomentuj (11)


InSaNe (7)
Alchemiczka z wysiłkiem wyciągnęła z szafy wielki, kamionkowy garnek, po czym przytaszczyła go na środek izby, w okolicę pieca. Potem podeszła do biblioteczki i zaczęła powoli wodzić palcem po grzbietach książek.
- "Uroboros - tajemnica zaklęta w węża"... "Fizyczne prawa ciał stałych"... - po przeczytaniu tego tytułu otrząsnęła się z obrzydzeniem. - Fizyka, błeee. "Bli heref - zasady działania"... "111 receptur na otrzymanie Kamienia Filozofów"... - po czym zatrzymała dłoń na książce zatytułowanej "Postawowe receptury alchemiczne".
Wyjęła książkę i zdmuchnęła z niej warstwę kurzu. Przemknęła wzrokiem przez kilka wersów, po czym położyła otwartą książkę na ławie, założyła gumowe rękawiczki i podeszła do półki z probówkami. Ostrożnie wyjęła z pojemnika probówkę podpisaną "rtęć", odkorkowała ją i oparła o stojący na stole aparat do destylacji. Następnie zmieniła gumowe rękawiczki na grube rękawice i założyła okulary ochronne.
- No, spróbujmy jeszcze raz - mruknęła do siebie, spoglądając na buzujący atanor.
Powoli otworzyła drzwiczki pieca i cofnęła się, by od wydobywającego się ze środka dymu nie zaparowały jej okulary. Następnie chwyciła leżące na stole cęgi, ostrożnie złapała nimi probówkę z rtęcią i umieściła ją na specjalnej płycie, którą wsunęła do pieca. Chwyciła drzwiczki, by je zamknąć, gdy nagle probówka pękła i ciemna rtęć wylała się, znikając w płomieniach.
- Niech to szlag! - Alchemiczka z furią trzasnęła drzwiczkami, po czym zdjęła okulary i rzuciła je na stół. - Dwa zero dla ciebie, ale czekaj, jeszcze się policzymy!
- Gadasz do pieca? - usłyszała nagle za plecami.
Odwróciła się, potrącając aparat do destylacji, który w ostatniej chwili złapała, nim spadł ze stołu.
- Christian - odezwała się chłodno. - Byłabym wdzięczna, gdybyś...
- Mów mi Chris
- chłopak trącił piec czubkiem buta.
- ...Byłabym NIEWYMOWNIE wdzięczna, gdybyś raczył uprzedzać mnie o swoich wizytach. Ja tu próbuję pracować.
Christian spojrzał na nią z pobłażaniem.
- Daj spokój, Mandy, naprawdę kręci cię ta cała alchemia?
Dziewczyna poczuła się dotknięta.
- Uważasz, że się nie nadaję, tak?
Christian wzruyszł ramionami, rozglądając się po pracowni.
- Nie myślę tak dlatego, że jesteś kobietą, tylko po prostu... Cała ta alchemia wydaje mi się być czystą mrzonką. Nie powiesz mi chyba, że umiesz uzyskać Kamień Filozofów?
Alchemiczka zagryzła wargi i odwróciła się tyłem do Christiana, udając, że zajmuje się czyszczeniem narzędzi. Nie chciała tłumaczyć się ze swojej fascynacji alchemią. Wiedziała, że ktoś, kto tego nie czuje i tak jej nie zrozumie.
- To zabawa dobra dla średniowiecznych mnichów, a nie dla inteligentnych ludzi dwudziestgo pierwszego wieku - usłyszała.
Odwróciła się gwałtownie i spojrzała na Christiana ze złością. Trzymał on w dłoni jakąś probówkę i pod światło próbował rozpoznać jej zawartość.
- Jeśli alchemia jest tylko mrzonką, to czemu ktoś zabił Bertiego Chapmana?
Probówka wysunęła się z palców Christiana, lecz została przez niego w porę pochwycona.
- Coś ty powiedziała..?
Alchemiczka poczuła, że triumfuje. Wciąż "czyszcząc" narzędzia, powiedziała niby od niechcenia:
- Ludzie w Instytucie mówią, że śmierć Bertiego to nie był wypadek.
Christian spojrzał na nią, jak na wariatkę, po czym roześmiał się.
- Mandy, masz bardzo bujną wyobraźnię! Świetnie znałem Bertiego, byliśmy dobrymi kumplami, często go odwiedzałem w tej pracowni - zatoczył ręką łuk w powietrzu. - Berti był bardzo nieuważny, ciągle coś potrącał, zrzucał, tłukł... Tu akurat jesteście podobni. Oczywiscie, był diabelnie mądrym facetem, posiadał olbrzymią wiedzę, ale mimo to nie miał bladego pojęcia o fizyce. Wiesz Mandy, on tu trzymał taką swoją "zabawkę" - przyrząd wyposażony w cztery idealnie naostrzone noże, które po uruchomieniu całego ustrojstwa miały stworzyć przepływ energii, majacej wzmocnić działanie pieca. To wszystko miało pomóc w uzyskaniu Kamienia Filozoficznego. Oczywiście cały Instytut wiedział, że to piramidalna bzdura, ale Berti spędzał całe noce próbując uruchomić swój wynalazek. Gdyby jednak znał podstawowe prawa fizyki, wiedziałby co się dzieje, kiedy działa siła odśrodkowa. Któregoś popołudnia Billy przyszedł do pracowni Bertiego, chcąc wyciągnąć go na lunch i zastał go leżącego na podłodze w kałuży krwi. Najprawdopodobniej w nocy Bertiemu udało się wreszcie uruchomić swój przyrząd, lecz ostrza nie wytrzymały działania siły odśrodkowej i któreś z nich odpadło od konstrukcji, zabijając go na miejscu...
Christian urwał swą opowieść, po czym z namysłem przyjrzał się jednemu z wiszących na scianie portretów.
- Michał Sędziwój... Wielki człowiek, zaiste... Szkoda tylko, że alchemik. Do zobaczenia, Mandy.
Kiedy Christian opuscił pracownię, Alchemiczka wciąż stała w miejscu, porażona tym, co przed chwilą usłyszała. Czy historia Bertiego Chapmana naprawdę wyglądała właśnie tak? Zabił się, bo nie przewidział, że słabo przymocowane ostrza mogą się odczepić?.. I gdzie jest teraz maszyna, którą skonstruował?
Mandy zdjęła rękawice i oparła się plecami o stół. Rozejrzała się po zalanej słońcem pracowni, próbując wyobrazić sobie krzątającego się po niej Bertiego Chapmana. Przez ułamek sekundy wydawało jej się, że widzi jego sylwetkę, lecz kiedy zamrugała oczami, mara znikła. Alchemiczka spojrzała na wiszący na ścianie portret słynnego Michała Sędziwoja i przypomniała sobie słowa Christiana: "...Szkoda tylko, że alchemik...".
- Alchemia dobra dla mnichów średniowiecznych, tak? No to ci jeszcze pokażę
- po czym przypomniała sobie wyraz twarzy Williama White'a, gdy spotkali się na stołówce. - Jeszcze wam wszystkim pokażę!..
Veni et scriptisi...| 2005-02-13 19:02:30 | skomentuj (3)


InSaNe (6)
Alchemiczka założyła grube rękawice, ale były na nią o wiele za luźne i zsunęły jej się z dłoni. Wyjęła więc z plecaka dwie frotki do włosów, po czym owinęła nimi rękawice w przegubach. Następnie założyła okulary ochronne, chwyciła leżące na stole cęgi i pochyliła się nad buzującym piecem. Otworzyła drzwiczki i poczuła na twarzy uderzenie gorąca. Okulary natychmiast zaparowały, co zmusiło Alchemiczkę do cofnięcia się.
- Ekstra - mruknęła do siebie. - Zachciało mi się zabawy z ogniem.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi, po czym do pracowoni nieśmiało zajrzała Sara Random.
- Cześć, Mandy - uśmiechnęła się. - Punktualnie o drugiej w Instytucie obowiązuje półgodzinna przerwa na lunch, pomyślałam sobie, że może zjadłbyśmy razem.
Alchemiczka zdjęła okulary i uśmiechnęła się do Sary.
- Jasne!
* * *

Kiedy po wędrówce krętymi korytarzami doszły na stołówkę, Alchemiczka ze zdumieniem zauważyła w środku tłumy ludzi.
- Skąd oni wszyscy się wzięli? - zapytała, kręcąc z niedowierzaniem głową.
- Och, nie zwiedziłaś jeszcze poszczególnych działów, InSaNe jest naprawdę ogromny! - odparła Sara podchodząc do lady i wbijając wygłodniały wzrok w pojemniki z sałatkami.
- Rzeczywiście, z zewnątrz wyglądał na spory, ale nie aż tak!
- No, wybierz coś, bo zrobił się korek
- Sara ruchem głowy wskazała na kilkumetrową kolejkę, która ustawiła się za plecami Mandy.
Alchemiczka wybrała stek, sałatkę z marchwii i sok pomarańczowy, podczas gdy Sara nałożyła sobie po jednej rzeczy z każdego pojemnika, tworząc na talerzu imponującą piramidę. Alchemiczka ze zdumieniem przenosiła wzrok ze smukłej sylwetki Sary na jej wypełniony po brzegi talerz.
- Nie pytaj - odezwała się Sara, jakby czytając w jej myślach. - Powiedzmy, że mam dobrą przemianę materii. O! Tam jest wolny stolik! - wskazała ręką odległy koniec stołówki.
Dziewczyny zaczęły przeciskać się przez tłum, próbując dotrzeć do upatrzonego stolika, gdy nagle Mandy poczuła brutalne uderzenie w ramię. Talerz z jedzeniem wyleciał w powietrze, po czym został zwinnie pochwycony przez Sarę. Alchemiczka odwróciła się, żeby zobaczyć, kto ją poszturchnął.
- Patrz jak łazisz, sieroto - burknął ze złością William White, rzucając dziewczynie złowrogie spojrzenie.
- Sam patrz, jak łazisz - odparowała Mandy. - I przy okazji popracuj nad swoją kulturą osobistą, bo niespecjalnie masz się czym popisać.
White zmierzył ją pełnym niechęci spojrzeniem, po czym odwrócił się na pięcie i skierował w stronę wyjścia.
- Palant - burknęła Alchemiczka, odbierając z rąk Sary swój talerz.
- On dzisiaj cały dzień chodzi, jak chmura gradowa. Nie wiem co mu jest, nigdy się tak nie zachowywał - odparła Sara.
Usiadły przy wybranym stoliku i niemal natychmiast Sara zajęła się pochłanianiem swojego menu, podczas gdy Mandy z namysłem wodziła widelcem po talerzu.
- Długo tu pracujesz? - zapytała, próbując swojej sałatki.
- Yhym - mruknęła z pełnymi ustami Sara, po czym zaczęła zataczać widelcem koła w powietrzu. - Od jakichsz szeszczu lat. I wierz mi, Billy żawsze był tutaj jednym ż najszympatyczniejszych ludzi. Ale żobaczysz, jak czę lepiej pożna na pewno żmieni do czebie nasztawienie.
Alchemiczka zmarszczyła czoło, po czym spojrzała na Sarę.
- A... o czym mówiła dziś rano Jersey? Co się stało z moim poprzednikiem, z tym... Bertim?
Na te słowa Sara zakrztusiła się, chwyciła szklankę z sokiem Mandy i wypiła wszystko do dna. Po chwili odstawiła szklankę i otrząsnęła się.
- Ble, nie znoszę soku pomarańczowego... - przeniosła wzrok na wpatrującą się w nią z wyczekiwaniem Alchemiczkę. - To nie jest najlepszy temat do rozmowy przy jedzeniu, Mandy - rzekła poważniejąc, po czym ściszyła głos. - Powiem ci tylko jedno - Berti uchodził tu za niegroźnego wariata, ale ja jestem pewna i to w stu procentach, że on odkrył coś, co sprowadziło na niego śmierć. Mówiono, że zginął przy pracy, ale ja nie wierzę, że to był wypadek. On był alchemikiem z prawdziwego zdarzenia, Mandy. W swoich laboratoriach Berti Chapman robił rzeczy, o których nie śniło się tym wszystkim plotkarzom w mieście. I on jeden z całego Instytutu za żadne skarby nie pozwoliłby sobie na wypadek.
Veni et scriptisi...| 2005-01-28 23:31:46 | skomentuj (7)


InSaNe (5)
Alchemiczka z zaciekawieniem zwiedzała swoją pracownię, chłonąc wzrokiem każdy najdrobniejszy szczegół. Żelazna waga z mosiężnymi odważnikami ustawionymi na szalach, drewniane stoły oraz półki, wielka, osłonięta folią szafa, różnej wielkości kotły... Alchemiczka podeszła do szafy i ostrożnie odsunęła folię, z której natychmiast posypał się kurz. Dziewczyna uchyliła drzwi szafy i oniemiała z zachwytu. Wewnątrz znajdował się cały niezbędny alchemikowi sprzęt, czyli alembiki, retorty, szklane banie, różnej wielkości szczypce, nożyce, cęgi oraz puste probówki. Alchemiczka ściągnęła z z szafy zakurzoną folię, złożyła ją i ułożyła na dolnej półce. Następnie podeszła do jednego z regałów, na którym znajdowały się różnego rodzaju kociołki, garnki i probówki, wszystkie opatrzone etykietami.
- Woda... Srebro... Siarka... Rtęć... - mruczała do siebie Alchemiczka, odczytując kolejne etykiety.
Umyślnie ominęła regał z książkami, zostawiając je sobie na koniec. Tymczasem jej uwagę przykuły wiszące na ścianach portety słynnych uczonych, filozofów i alchemików. Zanim jednak zdążyła dokładnie przyjrzeć się pierwszemu z nich, przedstawiającemu Alberta Wielkiego, z korytarza dobiegły dziwne odgłosy. Najpierw dało się słyszeć rumor, a chwilę potem zawtórowały mu liczne dzikie okrzyki i tupot nóg.
- Co u licha... - mruknęła Alchemiczka, gdy nagle drzwi do jej pracowni otworzyły się i do środka wpadła grupka nastolatków.
- Jej, słuchajcie, tu rzeczywiście jest niesamowicie! - zawołał z zachwytem na oko 12-letni chłopiec. Alchemiczka natychmiast rozpoznała w nim widzianego wcześniej na fotografii syna Jamesa Phoenixa.
- Genialnie... - wyszeptała rówieśniczka chłopca, rozglądając się dookoła z wypiekami na twarzy.
- Mówiłam wam! - 18-letnia dziewczyna o blond włosach związanych w kok podparła się dumnie pod boki.
- Phi, wielkie mi co! Stary piec, szafa nadająca się na opał i makulatura - 17-latka, z farbowanymi na bordo włosami upiętymi w kucyk, pokręciła z dezaprobatą głową.
Alchemiczka chrząknęła znacząco i nagle wszystkie spojrzenia zwróciły sie na nią.
- Ooo... Dzień dobry! - 12-latek wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Skąd się tu wzięliście? - Alchemiczka zmarszczyła groźnie brwi. - To nie muzeum, nie ma tu nic do zwiedzania!
- Jestem Hayley Bradford, córka Philipa Bradforda z działu kreowania marzeń sennych - blondynka uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę do Alchemiczki.
- Amanda Caliburn - przedstawiła się Alchemiczka, niepewnie ściskając dłoń Hayley.
W tej samej chwili na korytarzu rozległ się donośny tupot i do praconi wpadła młoda kobieta. Poślizgnęła się na śliskiej posadzce, ale po kilku artystycznych figurach złapała równowagę. Zręcznym ruchem odgarnęła opadające jej na twarz jasne loki, po czym podparłszy się pod boki spojrzała sceptycznie na grupkę młodzieży, która natychmiast przybrała skruszone miny.
- Jeśli myślicie, że będę was codziennie ganiać po korytarzach, to się grubo mylicie! - wydyszała gniewnie kobieta, po czym na widok Alchemiczki zamilkła i uśmiechnęła się przepraszająco. - Ojej, bardzo przepraszam za to wtargnięcie - odezwała się, zakłopotana. - Dzieciaki przychodzą tu prosto ze szkoły, ale słowo honoru, że zwykle siedzą w świetlicy i nie dewastują cudzych pracowni.
W chwili, gdy wymawiała słowo "dewastują", chłopiec oparł się łokciem o regał, strącając na podłogę pudełko z probówkami. Jedna z probówek wypadła z pudełka i rozbiła się o twardą posadzkę, pozostawiając po sobie plamę ciemnej cieczy.
- Oliver! - zagrzmiała opiekunka, groźnie marszcząc czoło, a skruszony chłopiec schylił się, by naprawić szkodę.
- NIE!!! - wykrztusiła Alchemiczka, po czym rzuciła się w stronę chłopca, w ostatniej chwili łapiąc go za rękę, którą zamierzał dotknąć pęknietej probówki. - Nie ruszaj tego, to silnie trująca ciecz pomieszana z rtęcią, zabiłaby cię na miejscu!
W pracowni zapadła grobowa cisza, wszyscy z szeroko otwartymi oczami wpatrywali się w siedzącego na podłodze Olivera. On sam nie odrywał wzroku ciemnej plamy na posadzce.
- Jezu... Trzymasz tu trucizny?! No, ale czego się spodziewać po kimś, kto praktykuje czarną magię! - przerwała ciszę Jersey Curtis.
- To nie jest groźne, jeśli umie się z tym obchodzić - wyjaśniła spokojnie Alchemiczka, podnosząc się z podłogi. - A alchemia nie może być czarną magią, bo na nic wówczas zdałoby się udoskonalanie duszy, by poznać tajemnicę kamienia filozoficznego.
- Bujdy na resorach!
- burknęła ze złością Jersey. - To tylko dowodzi, jakim James jest głupcem - sprowadził do Instytutu wariatkę, która bawi się truciznami! Skończysz tak samo, jak ten poprzedni!
- ZAMKNIJ SIĘ!!! - wrzasnął nagle cichutki dotąd Oliver, podrywając się z podłogi. - Tata wcale nie jest głupi!!!
Jersey chciała coś odpowiedzieć, lecz jasnowłosa kobieta wkroczyła między nią a Olivera.
- Dosyć tego! Wystarczająco się przez was najadłam wstydu, marsz na świetlicę! I spróbujcie tylko pisnąć po drodze choćby słówko, a więcej nie wejdziecie do Instytutu!
Grupka młodzieży wyraźnie nie była zadowolona z takiego obrotu rzeczy, ale bez słowa opuściła pracownię.
- Bardzo przepraszam, naprawdę... Nie wiem, co w nich wstąpiło - kobieta spuściła wzrok, zmieszana. - Ale widzisz, cały Instytut trąbi o ponownym otwarciu działu alchemii. Żadna siła nie była w stanie utrzymać dzieciaków z dala od tej pracowni. Jeszcze raz przepraszam, szczególnie za Jersey.
Alchemiczka uśmiechnęła się lekko.
- Nie ma sprawy, zaczynam się przyzwyczajać.
- Jestem Sara Random
- przedstawiła się blondynka. - Na codzień pracuję w dziale rzeczywistości onirycznej i kreowania marzeń, ale mam też na głowie pilnowanie tej bandy - posłała Alchemiczce przepraszający uśmiech, po czym skierowała się w stronę drzwi. - Miłego dnia, Mandy.
Kiedy Sara opuściła salę, Alchemiczka założyła ręce i rozejrzała się dookoła. Coś tajemniczego musiało kryć się w tej pracowni, że ludzie tak żywiołowo zareagowali na wieść o jej otwarciu. I była przekonana, że wkrótce dowie się, co to takiego. Nie była tylko pewna, czy tego chce.
Veni et scriptisi...| 2005-01-10 12:37:21 | skomentuj (9)


InSaNe (4)
Alchemiczka bezgłośnie otworzyła żelazne wrota prowadzące dojej nowej pracowni. W pokoju panował mrok, więc dziewczyna otworzyła drzwi na oścież, wpuszczając do pomieszczenia snop jasnego światła z korytarza. Mleczny blask obmył kontury wielkiej żalaznej maszyny stojącej w samym centrum pracowni. Alchemiczka podeszła do dziwnego urządzenia, jednak było zbyt ciemno, by mogła rozpoznać, co to właściwie jest.
- Może pomóc? - usłyszała nagle za plecami.
Odwróciła się gwałtownie, uderzając łokciem o maszynę i z brzękiem strącając jakiś przedmiot.
- Cholera - zaklęła, rozmasowując sobie obolały łokieć i wytężając wzrok w celu zlokalizowania przedmiotu, który zrzuciła.
- Rozumiem, że jednak pomóc - odezwał się głos, po czym rozległo się pstryknięcie palcami i pokój zalało oślepiające światło.
Alchemiczka zmrużyła oczy, lecz niemal natychmiast otworzyła je, rozglądając się za tajemniczym osobnikiem. Ku swemu zdumieniu ujrzała Christiana Schneidera, stojącego pod ścianą i przyglądającego się jej z pobłażliwym uśmiechem. Dziewczyna zmarszczyła czoło.
- Dzięki za pomoc, ale sama umiem dać sobie radę - mruknęła.
- No, właśnie widziałem.
Achemiczka poczuła, że się czerwieni, więc odwróciła się w stronę maszyny.
- Światło możesz zapalać na trzy sposoby - wyjaśnił Christian, podchodząc do niej. - Poprzez pstryknięcie palcami, który to sposób działa zawsze i wszędzie, chyba ze ktoś użyje pola elektromagnetycznego blokującego wibracje, które wytwarzasz. Drugi sposób to blink.
- Co?
- Blinkiem nazywamy potocznie małe urządzenie, które pozwala włączać i wyłączać co tylko chcesz. Taki pilot, tylko bez mechanizmu w środku. Nazwę wzięło od hebrajskiego słowa "niepowstrzymanie", czyli "bli heref". Rządzi nim czysta energia telekinetyczna, w dodatku perpetum mobile
- Christian wypiął dumnie pierś, jakby co najmniej to on wynalazł cudowne urządzenie.
- No to pokaż! - Alchemiczka podparła się pod boki i spojrzała na niego wyczekująco.
Christian uśmiechnął się, odgarnął połę kurtki i wyciągnął zza paska podłużny, srebrny przedmiot.
- Wygląda jak patyk - stwierdziła sceptycznie dziewczyna.
- Trzymaj - Christian podał jej blink.
Alchemiczka wzięła go niepewnie.
- A teraz wyceluj w którąś z lamp i po prostu pomyśl o tym, co chcesz zrobić. Czasem samo pomyślenie nie zadziała i trzeba głośno wymówić komendę.
Dziewczyna zmarszczyła czoło, ale bez słowa uniosła blink. Wymierzyła w stojącą nieopodal niej, nakrytą bordowym abażurem lampę i pomyślała "wyłącz". Lampa jak na komendę zgasła, a Christian uśmiechnął się z zadowoleniem.
- Widzisz? Proste. Ale powiem ci w sekrecie, Mandy, że znam jeszcze jedną metodę. Tylko nikomu o niej nie mów, dobra?
Alchemiczka uniosła brwi, oczekując nowej sensacji. Christian powoli ominął stojacą na środku pracowni maszynę, podszedł do ściany i powoli podniósł rękę.
- Teraz uważaj - zrobił tajemniczą minę, a Alchemiczka wstrzymała oddech.
Christian wyciągnął rękę w kierunku ściany, po czym opuścił wystającą z niej, niewielką dźwigienkę. Rozległo się ciche pstryknięcie po czym światło w pracowni zgasło. Po chwili rozległ się identyczny dźwięk i światło rozbłysło na nowo.
- To WŁĄCZNIK ŚWIATŁA - rzekł pełnym udanego przejęcia głosem Christian. - Fajny, co nie?
- Bardzo zabawne - Alchemiczka podeszła do Christiana i wepchnęła mu blink w ręce.
- Ten jest twój - Christian oddał jej urządzenie. - Opiekuj się nim dobrze.
- Jasne, wystawię mu miskę z żarciem i kuwetę
- mruknęła Alchemiczka, po czym wsunęła blink za pasek swoich dżinsów, założyła ręce i spojrzała wyczekująco na Christiana.
- Chciałabym oswoić się trochę z tym miejscem - powiedziała chłodno.
- Och, jasne, nie przeszkadzaj sobie - chłopak przespacerował się po pracowni, z zaciekawieniem wpatrując się w wiszące na ścianach potrety.
- SAMA!
Christian oderwał wzrok od obrazów i spojrzał na nią.
- To chyba znaczy, że mam sobie pójść... - zrobił zawiedzioną minę, a Alchemiczka poczuła się głupio, że tak go potraktowała.
- Może pogadamy później? - zaproponowała pojednawczo.
- Myślisz, że dożyjesz? Bo wiesz, widziąc twoje zdolności do autodestrukcji...
- WYNOCHA!
- Alchemiczka wypchnęła go za drzwi i zamknęła je na mosiężną zasuwę.
- ...I gdybyś w razie podpaliła podłogę albo coś wysadziła, to wiesz gdzie mnie szukać - przekonywał ją Christian, zaglądając do pracowni przez dziurkę od klucza.
Alchemiczka oparła się plecami o drzwi i mimowolnie się uśmiechnęła. Bo chociaż Christian Schneider zrobił na niej wrażenie zarozumiałego dowcipnisia, poczuła, że naprawdę go lubi.
Veni et scriptisi...| 2004-12-29 19:48:26 | skomentuj (8)






 

 

 

 

 



Księga Gości

 

Ciemna strona magii
Dziecko Mroku

Strażnicy
Master ...niezwyczajnie...
Regret ...słodko-gorzko...
Obi ...twórczo...
Noah ...nastrojowo...
Zagubiony ...w poszukiwaniu szczęścia...
P. ...bystrym okiem...
Oneal ...kameralnie...
Authorka ...poetycko...
Latin Queen ...znajomo...
Alex A. Lupin ...z dreszczykiem...
Modesta ...po chrześcijańsku...
Louis ...tajemniczo...
Alchemik ...filozoficznie...
Upside down ...do góry nogami...
November Angel ...zmysłowo...
Sevaliwen ...szczerze...
Silbermene ...wśród mgły zagubienia...
Fraziu ...z uśmiechem...
Goti ...gotycko...

 

2005
lipiec
kwiecień
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
lipiec
czerwiec
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień

 

 




layout by Alchemiczka powered by blog.pl