| Myśli minionych nocy:
InSaNe (10) |
|
Myśli bieżące |
InSaNe (10)Na wstępie chciałabym bardzo przeprosić za długą nieobecność, spowodowaną niewydolnością tak zwanego sprzętu komputerowego, któremu najchetniej zafundowałabym podróż w jedną stronę z jedenastego piętra wieżowca. Za dwa tygodnie dodam następną część opowieści, natomiast kolejne będą pojawiały się już cześciej. Dziękuję za cierpliwość:) Kiedy tylko Alchemiczka weszła do swojej pracowni, natychmiast zamknęła za sobą mosiężne drzwi, oparła się o nie plecami i westchnęła, spoglądając do pokryty zaciekami sufit. "A niech to - pomyślała - pierwszy kontakt z Carmen Hilton i już zdążyłam ją do siebie zrazić. Ja to mam talent, nie da się ukryć". Oderwała oczy od pokrytego stęchlizną sufitu i zatrzymała wzrok na stojącym pośrodku izby atanorze. - No, kochany, już ja znajdę na ciebie sposób... - mruknęła i podeszła do pieca. Ostrożnie obeszła go dookoła, odnotowując w pamięci każdy najdrobniejszy szczegół jego budowy. Niespodziewanie jej uwagę przykuł przytwierdzony czterema niewielkimi śrubkami kawałek blachy, który najwyraźniej zakrywał jakiś otwór. Dziewczyna pochyliła się nad piecem i zmarszczyła czoło. Blacha wyglądała na całkiem świeżo przytwierdzoną i - Mandy była tego pewna - na pewno nie tknęły jej jeszcze płomienie. Mogło to oznaczać tylko jedno - poprzedniej nocy ktoś majstrował przy piecu, gdyż jeszcze dzień wcześniej w atanorze buchał ogień, który nadałby blasze charakterystyczny odcień. Mandy przekrzywiła lekko głowę i zmrużyła oczy. Blacha przytwierdzona była krzywo, a zatem ktoś musiał się spieszyć. Alchemiczka spróbowała odchylić blachę palcami, lecz twardy metal stawił opór. Podeszła więc do szafy, otworzyła ją i zaczęła przetrząsać półki w poszukiwaniu odpowiedniego narzędzia, które umożliwiłoby jej zajrzenie pod blachę. - Acha! - zawołała triumfalnie, dzierżąc w dłoni sporej wielkości młotek, z jednej strony opatrzony haczykowatą końcówką do wyciągania gwoździ. Odwróciła się w stronę pieca i powoli zaczęła zmierzać w jego kierunku z uniesionym młotkiem, w myślach rozważając sposób takiego uniesienia blachy, by można ją było później opuścić z powrotem. Ciekawiło ją niezmiernie, co też ten kawałek metalu miał za zadanie ukryć... Na dźwięk otwieranych drzwi aż podskoczyła. Zatrzymała się i spojrzała w kierunku wyjścia, w uniesionej dłoni wciąż trzymając młotek. - O, widzę, że wojna Mandy Caliburn - Morderczy Piec toczy się zaciekle - zakpił Christian, spoglądając na dziewczynę z ironicznym uśmiechem. - Są jacyś ranni? Mam wezwać ambulans? A może lepiej antyterrorystów? Ojej, Mandy, musiałaś nieźle oberwać, piec wygląda na nietknięty, ale za to ty... - urwał, czując na sobie mordercze spojrzenie dziewczyny. Mandy przeniosła wzrok na uniesiony młotek, potem na piec, potem znów na młotek, aż ostatecznie zatrzymała spojrzenie na wyraźnie rozbawionym Christianie. - Ja tu próbuję pracować - burknęła, rzucając młotek na stół i tłukąc przy tym leżącą na blacie probówkę. Chris dotknął dłonią ust w udawanym geście zamyślenia, ale Mandy doskonale wiedziała, że chłopak ze wszystkich sił tłumi śmiech. - Nie masz swoich zajęć? - zapytała mrukliwie, odwracając się do niego plecami i zgarniając szmatą kawałki szkła do foliowej torebki. - Mam - przyznał Chris. - Ale u ciebie jest tak jakoś... weselej. Rzuciła mu wściekłe spojrzenie, a wyraz rozbawienia na jego twarzy jeszcze bardziej ją rozzłościł. - Cieszę się, że dobrze się bawisz, niestety wesołe miasteczko Amandy Caliburn jest właśnie zamykane, dlatego jeśli pozwolisz... - wymownym gestem wskazała drzwi. Zamiast jednak skierować się do wyjścia, Christian zaczął przechadzać się po sali. - Słyszałem, że poznałaś szefową - rzucił niby od niechcenia. W geście rozpaczy Mandy podniosła oczy na zaplamiony sufit. - Rety, czy cały Instytut musi zaraz o wszystkim wiedzieć?! Christian wzruszył ramionami, zatrzymał się przez portretem Izaaka Newtona i westchnął z udawanym ubolewaniem. - Szpiedzy nie śpią - po czym odwrócił się i rzucił Mandy szybkie spojrzenie. - Billy White akurat tamtędy przechodził. - Akurat tamtędy przechodził - przedrzeźniła go dziewczyna. Poczuła, jak wzbiera w niej gniew. - Niech ten gburowaty typ pilnuje swojego nosa, sam na pewno też nie jest pupilkiem pani Hilton. - Owszem, jest - Christian zatoczył ręką łuk w powietrzu, po czym złapał się za pierś i wyrecytował patetycznym głosem, imitując barwę głosu Williama. - Ach, pani Hilton! Zawsze może pani na mnie liczyć! Cały dział jest do pani dyspozycji, wystarczy jedno pani słowo! Albo choćby skinięcie dłoni! Sam padnę do pani stóp za jedno pani spojrzenie! Ochhh, pani Hilton!.. Mua, mua! - teatralnym gestem udał, iż całuje czyjeś dłonie. Mandy parsknęła śmiechem, a Chris uśmiechnął się szeroko. - Nie przeszkadzam? - usłyszeli nagle czyjś zimny, poważny głos. Odwrócony plecami do wejścia Christian znieruchomiał, po czym przewrócił oczami, natomiast Mandy spojrzała w stronę drzwi i zmarszczyła czoło.. - Widzę, że macie niezła zabawę... - powiedział William White, wbijając przeszywające, lodowate spojrzenie w Alchemiczkę. - Owszem, całkiem nieźle się bawimy - odparowała. - ...W godzinach pracy - zakończył twardo White, zakładając ręce na piersiach w geście oczekiwania. "Jeżeli liczysz na wyjaśnienia, to się przeliczysz" - pomyślała dziewczyna i założyła ręce w identycznym geście, spoglądając na niego wyzywająco. Billy zmarszczył brwi, świdrując ją wzrokiem. Przez dłuższą chwilę mierzyli się wzajemnie spojrzeniem, jak gdyby szykowali się do starcia. Chris natomiast stał z boku patrząc to na jedno, to na drugie. W końcu postanowił interweniować. Wkroczył pomiędzy nich, stanął odwrócony plecami do Mandy i wyszczerzył do Williama zęby w uśmiechu. - Widzę, że teraz wy się znakomicie bawicie i naprawdę aż żal mi przerywać tę cudowną chwilę, ale... chyba nie przyszedłeś tu w celach rekreacyjnych? William niechętnie przeniósł wzrok na uśmiechniętego od ucha do ucha Christiana. - Owszem, mam wiadomość dla panny Caliburn, przeznaczoną jednak wyłącznie dla jej uszu. Christian uniósł brwi i podrapał się w skroń, najwyraźniej rozważając słowa Williama. W końcu westchnął i rzucił Mandy przepraszające spojrzenie: - Taaak... No to... Ten... Na mnie już chyba czas. Spotkamy się lunchu, mam nadzieję. Na razie - spojrzał na Williama, po czym skierował się do drzwi. Przed wyjściem nagle zawahał się i obejrzał za siebie, jakby niespodziewanie przypomniał sobie o czymś ważnym. Napotkawszy jednakże dwie wbite w siebie pary oczu, zrezygnował i wyszedł, zostawiając za sobą lekko uchylone drzwi. - Streszczaj się z łaski swojej, nie mam całego dnia - mruknęła Mandy, która bawiła się podniesionym wcześniej ze stołu młotkiem, przerzucając go z ręki do ręki. Ten gest był u niej oznaką zniecierpliwienia. William zmarszczył czoło, po czym zaczął mówić flegmatycznym, pełnym obojętności głosem. I choć jego ton wskazywał na wyraźny brak zainteresowania tematem, bystre oczy były wciąż uważne i Mandy czuła na sobie zimne, świrdujące spojrzenie. William schował ręce do kieszeni, po czym zaczął kierować się w stronę drzwi, powoli cedząc słowa: - Dziś w nocy, punktualnie o dziesiątej, w gabinecie numer dwieście szesnaście odbędzie się wieczorek zapoznawczy, na którym masz być... ekhm... honorowym gościem - uśmiechnął się kwaśno, widząc zaskoczoną minę dziewczyny. – Nikomu ani słowa o tym spotkaniu, oficjalnie o niczym nie wiesz. Tylko nie zapomnij numeru pokoju i racz się nie spóźnić, choć zapewne punktualność nie leży w twojej naturze. Pomyślnych łowów... Veni et scriptisi...| 2005-07-06 22:56:16 | skomentuj (16)
|