Myśli bieżące






InSaNe (9)


- Ojejkumandywstawajjesteśmy spoźnione!!! - usłyszała i zamrugała gwałtownie oczami.
Nie była pewna, czy to już jawa, czy wciąż jeszcze sen.
- Mandy szybko!!! Jesteśmy spóźnione! - Sara potrząsnęła Alchemiczkę za ramię.
Dopiero wówczas Mandy zorientowała się, że jednak nie śni. Usiadła na łóżku i wciąż jeszcze niezupełnie rozbudzona wodziła sennym wzrokiem za biegającą szaleńczo po pokoju Sarą.
- Gdzie jest moja torebka? Ojejciu, jak te buty cisną!.. Mandy, no RUSZ się wreszcie!!!
Ten krzyk ostatecznie ją rozbudził. Spojrzała na zegarek. 6:50. O siódmej musiały stawić się w Instytucie. Widmo spóźnienia podziałało na Alchemiczkę, niczym kubeł zimnej wody. Natychmiast rzuciła się do swojej torby, wyciągnęła z niej granatowe dżinsy i beżową bluzkę, po czym błyskawicznie się przebrała. Sara w biegu zmieniała buty, podskakując to na jednej, to na drugiej nodze, a Mandy porwała z wieszaka swój płaszcz i obie wybiegły z mieszkania.
Drogę do InSaNe'u pokonały w szaleńczym pędzie. Pomimo zaaferowania, Mandy zdążyła z podziwem odnotować fakt, że jej koleżanka doskonale godzi sprint w butach na wysokim obcasie z niezbyt sprzyjającym tego typu wyczynom podłożem, które stanowiła wybrukowana kocimi łbami ulica.
Kiedy wpadły do Instytutu, Mandy odruchowo spojrzała na zegarek i z przerażeniem odczytała godzinę 7:21.
- Chyba musimy się gdzieś zameldować - wydyszała, pędząc korytarzem obok Sary.
- Po co? Oni i tak już wiedzą... - odparła gorzkim tonem koleżanka i naraz zatrzymała się w miejscu.
Mandy również przystanęła i poszła za jej wzrokiem. Przed nimi stała wysoka, szczupła kobieta o kruczoczarnych, prostych włosach sięgających do łopatek. Rysy twarzy miała ostre i Mandy była pewna, że doskonale odzwierciedlają one charakter tej osoby.
- Czy mają panie w swoim słowniku takie słowo, jak "punktualność"? - odezwała się kobieta głosem spokojnym i tak lodowatym, że Alchemiczkę przeszły zimne dreszcze.
- Przepraszamy, naprawdę, to moja wina, nie usłyszałam budzika, miałam przyprowadzić Mandy zaraz z samego rana, nawaliłam, przepraszam... - Sara zaczęła tłumaczyć się gorączkowo.
- A czy panna MANDY nie ma własnego języka i nie może sama się wytłumaczyć? - wycedziła Góra Lodowa, gdyż takim przydomkiem natychmiast ochrzciła ją w myślach Alchemiczka.
Sara poczerwieniała na twarzy i spusciła głowę, wbijając wzrok w czubki swoich pokrytych ulicznym kurzem butów.
- Bardzo mi przykro, nie znajduję żadnego argumentu na swoje usprawiedliwienie - Mandy zmusiła się, by spojrzeć w zimne oczy kobiety, jednak po chwili spuściła wzrok. - Powinnam była zdążyć na czas. Przepraszam.
Góra Lodowa zmarszczyła czoło i zmierzyła ją pełnym niechęci wzrokiem.
- Będę miała na ciebie oko, panno Caliburn. Wszelkie złe nawyki będą natychmiastowo tępione. Niech ci się nie wydaje, że możesz sobie tu robić, co ci się podoba. Możliwe, że w poprzednim miejscu pracy byłaś traktowana ze szczególnymi honorami, ale w naszym Instytucie posada alchemiczki nie jest, nie była i nigdy NIE BĘDZIE faworyzowana. Czy dobrze się zrozumiałyśmy?
Mandy kiwnęła lekko głową.
- To dobrze - rzuciła chłodno kobieta, po czym skinęła lekko głową Sarze, posłała Mandy jeszcze jedno pełne dezaprobaty spojrzenie, po czym oddaliła się w stronę gabinetu zarządu.
Obie dziewczyny stały, jak sparaliżowane. Dopiero po dłuższej chwili Alchemiczka otrząsnęła się z osłupienia.
- Co... co to było? - wykrztusiła.
- Carmen Hilton - powiedziała przez zaciśnięte gardło Sara, wachlując dłonią twarz. - Zmora pracowników, największą przyjemność sprawia jej przeprowadzanie niezapowiedzianych wizytacji i upokarzanie każdego, kto jej się nawinie... Myślałam, że może Tobie daruje, bo jesteś tu nowa, ale to dzisiejsze spóźnienie chyba za bardzo ci nie pomogło.. - posłała Mandy niepewne spojrzenie.
- E, przecież to nie koniec świata, może jeszcze jakoś się w jej oczach zrehabilituję - Alchemiczka usmiechnęła się lekko, choć sama nie wierzyła w te słowa. Wyraz twarzy Sary również nie był zbyt optymistyczny.
- No nic, ja uciekam do siebie, już i tak straciłyśmy sporo czasu - Sara potrząsnęła nerwowo głową. - Spotkamy się na lunchu.
- To do zobaczenia
- odparła Mandy, po czym odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem ruszyła w stronę swojego gabinetu.
Przypomniała sobie, że Gregor ostrzegał ją, by pod żadnym pozorem nie podpadła Carmen Hilton. "No, to ten rozdział mam już za sobą" - zauważyła ponuro, po czym zatrzymała się przez żelaznymi drzwiami pracowni alchemicznej i sięgnęła do kieszeni płaszcza. Srebrny blink zalśnił w świetle jarzeniówki, kiedy Mandy skierowała go w stronę zamka.
- Otwórz!
Veni et scriptisi...| 2005-04-11 22:39:52 | skomentuj (7)